Szkoły Sióstr Prezentek w Rzeszowie
Szkoły Sióstr Prezentek w Rzeszowie
Szkoły Sióstr Prezentek w Rzeszowie
Szkoły Sióstr Prezentek w Rzeszowie
Szkoły Sióstr Prezentek w Rzeszowie

Kalendarium

Poprzedni miesiąc Listopad 2017 Następny miesiąc
P W Ś C Pt S N
week 44 1 2 3 4 5
week 45 6 7 8 9 10 11 12
week 46 13 14 15 16 17 18 19
week 47 20 21 22 23 24 25 26
week 48 27 28 29 30

  wym3


Życie – górskim szlakiem

  Naprawdę olbrzymia wiara przenosi góry. Ale rzadko się ją spotyka.
W naszej szkole zaś niektórzy
(bardzo jestem dumny, że ja również) prezentują inny, ciekawy rodzaj wiary.
Ta wiara przenosi w góry…

                           Grupy „Przyjaciół Wujka” nie będę długo przedstawiał. „Wujku” zwracali się do ks. Karola Wojtyły Jego młodzi towarzysze wycieczek – stąd jej nazwa. Tę ekipę tworzą tylko chętni. Pod opieką kilku Nauczycieli naszej szkoły wspólnie chodzimy po górach i modlimy się oraz rozważamy słowa Papieża-Polaka. Ostatnio odbyła się „wujkowa kwietniówka” – wyjazd w Beskid Niski.

            Od dawna (a od tej wycieczki – szczególnie) zastanawiam się nad tą dziwną magią gór, które w zestawieniu z dobrym towarzystwem pozwalają się odprężyć jak nigdzie indziej.

            Czy w górach jesteśmy „bliżej Boga”? Bardzo możliwe.
W sensie przenośnym. (Ale nie tylko. W Biblii takie góry jak Synaj, Tabor, czy Golgota były miejscami spotkań z Bogiem, odegrały kluczową rolę w historii Zbawienia.) Czyż doświadczenia swej małości wobec Stwórcy nie ułatwia oglądanie tych potężnych dzieł Jego woli? A czy radość ze zdobycia kolejnego szczytu po niełatwej wspinaczce nie pomaga odnaleźć sensu naszej codziennej pielgrzymki do najwyższego szczytu, czyli Nieba?

Właśnie góry pięknie pokazują, jakby w modelu, nasze życie, którego sens czasem trudno odkryć. One to ułatwiają.
(Tak jak model kolejki pokazuje inną perspektywę patrzenia
na kolej rzeczywistą.)

            A może w góry ciągnie po prostu to, że są piękne?

Na pewno jest to ważny element, ale piękne miejsca na równinach (moim skromnym zdaniem – rzecz znacznie rzadsza niż na wysokościach) też przyciągają rzesze turystów. Te rzesze coś niestety psują. W tłumie człowiek jest inny, mniej wrażliwy na piękno. Tłum zagłusza też ciszę (a „Pan Bóg nadaje na falach <cisza>”). Dlatego ja znacznie bardziej lubię szlaki mniej uczęszczane.

            I wracając do „wujków” – warto się wybrać w góry z tymi, którzy tłumem dla nas nie są. Góry łączą. Śmieci na szlakach nie rzucają ci, którzy przyszli góry pokontemplować. A przy okazji pokontemplować siebie nawzajem. To czy w górach jesteśmy
w tłumie, czy w grupce (znajomych, przyjaciół, rodziny) ma bardzo duże znaczenie. Zawsze towarzystwo ludzi, z którymi coś dzielimy jest milsze.

            Jak to dobrze, że komercjalizacja wszystkich gór jest niemożliwa. Dla płytkiego konsumenta „wszystko” (w jakiejkolwiek dziedzinie) to za dużo – tacy wolą „liznąć” każdej rzeczy, naprawdę nie wgłębiając się w żadną. I większość szlaków zostawiają tym, dla których góry to coś więcej niż tylko rozreklamowany „produkt” do zaliczenia. Szkoda  tylko, że odbierają nam „góralom” te najsłynniejsze szczyty…

            I na zakończenie – mały konflikt wewnętrzny
(z przymrużeniem oka): moje egoistyczne „ja” chciałoby, żebym odradził czytelnikom wychodzenie w góry, pozostawiając w ten sposób więcej w  nich przestrzeni dla siebie. A moje ego altruistyczne – chce bym wszystkich do gór zachęcił, bo to przecież „szczyt radości”. Nie martwię się jednak tym dwugłosem, bo mój felieton nic nie zmieni. (Ludzie chętnie słuchają rad, ale potem i tak robią swoje…)

            Więc tylko komunikuję (bardziej czytelnikom, czy sobie?), że ja jestem z tych, co – jak to pada w pewnej piosence – marzą „by […] życie było górskim szlakiem”…

Krzysztof Grzegorczyk


Jesień w Bieszczadach
4-5 października 2008 r.

Jesienią 2008 r., po długiej przerwie, postanowiliśmy powrócić w Bieszczady – niezwykle malowniczy zakątek, zwłaszcza o tej porze roku. Niestety, od rana lało jak z cebra. Zrezygnowaliśmy więc z górskiej wędrówki i razem z naszym przewodnikiem, panem Łukaszem, zwiedziliśmy ruiny zamku w Sobieszowie,

Kamień Leski i co najważniejsze -
słynną cukiernię w LeskuJ.
Mimo że pogoda się nie poprawiała, humory nam dopisywały. Na nocleg pojechaliśmy do domu rekolekcyjnego
w Ustrzykach Górnych. Wieczorem próbowaliśmy się zintegrować „na wesoło”. Oj, działo się… Niektórzy nawet nabawili się kontuzji, ale na szczęście niegroźnych. Po szaleństwach była też pora na refleksję. Jak zwykle dzień wyjazdowy zakończyliśmy słuchając przemówienia Jana Pawła II

(była to kontynuacja naszych
wakacyjnych rozważań).
Niedzielę rozpoczęliśmy Mszą świętą
w miejscowym kościółku. Tego dnia pogoda poprawiła się. Już nie padało, więc zdecydowaliśmy, że zdobędziemy Połoninę Wetlińską. Było przerażająco zimno, wietrznie i wręcz zimowo.

Mimo to wszyscy świetnie się bawili. Niektórzy nawet śpiewali, inni ćwiczyli swoją wyobraźnię we mgle,  a nieliczni próbowali się nawet opalać. Najważniejsze, że Chatka Puchatka została zdobyta! A my wprawdzie zmęczeni, ale z naładowanymi akumulatorami powróciliśmy do Rzeszowa.
            Wyjazd zakończył się wyjątkowo smakowicie, bo po drodze ponownie odwiedziliśmy „Słodki domek” w Lesku. Okazało się,
że nawet w niepogodę Bieszczady mają w sobie wiele uroku…

                                                Anna Eberhard i Łucja Homa


BABIA GÓRA I KOLEŻANKI
30 czerwca - 6 lipca 2008 r.


Wujki, Wujki i jeszcze raz Wujki...

Po tym, jak po raz pierwszy z tymi,
o których tyle słyszałem,
Lecz tak mało wiedziałem,
Przyjemność wyjechać w góry miałem,
Do wniosku - że chcę brać udział
we wszystkich kolejnych wyprawach - doszedłem
...Bo już się dowiedziałem
(także tego, co słyszałem).
 

30. czerwca – 6. lipca – te daty zwiastowały nam nadejście długo oczekiwanego wyjazdu. Upragnione polany Beskidu, na których mogliśmy swobodnie odprężyć się po przejściu wymagających fragmentów tras, sprawiały, że odpoczywaliśmy oczywiście od szkoły (przy okazji: nie ma chyba żadnej lepszej formy relaksu niż po 10 miesiącach mniej lub bardziej żmudnej pracy, wybrać się
w góry i wygrzewać się na zielonej trawce, podziwiając widoki!)
ale też od naszych codziennych zmartwień i problemów, mając przed sobą grono przyjaciół (naszych i Wujka...) i samego Boga.

Ach, jakie żywe wspomnienia z tego wyjazdu zachowały się w odmętach mej mózgoczaszki. A była to wycieczka w tereny, na których swą Wujkową historię rozpocząłem
(- ogromny sentyment).
Wszyscy, którzy pamiętają „Kwietniową Majówkę 2007”
z pewnością z respektem podchodzili do wyjazdu, który 3. dnia swego istnienia podejmował próbę wyprawy na Babią Górę (bardzo zmienną jeśli chodzi o pogodę, nastrój –
w końcu „Babią”).

 Jako że pierwszy dzień, z powodu deszczo-burzy, spędziliśmy
w naszym ośrodku „SILVER”, to przed Diablakiem zdobyliśmy tylko Jałowiec.

2. lipca - na całe szczęście - pogoda była już wymarzona na wędrówki górskie. Po kilku godzinach podróży – jakże niełatwej (palące słońce, strome podejścia, łańcuchy – no w końcu to Akademicka Perć była) – zdobyliśmy, wręcz ujarzmiliśmy to najwyższe w Polsce (poza Tatrami) wzniesienie, wzniośle wznoszące się na wzniosłość 1725 m.n.p.m.. Ze szczytu rozpościerał się niesamowity widok, włączając weń Tatry.
(Tu następuje chwila na odpoczynek i podziwianie otoczenia bliższego i dalszego)

Zejście na dół było już tylko formalnością, choć kosodrzewiny niekiedy okazywały się być nieprzyjaźnie do nas nastawione. Wieczorem odbyła się prelekcja na temat Babiogórskiego PN.

W ciągu wyjazdu dane nam było jeszcze tylko trzykrotnie wyjść
w góry, gdyż jednego dnia (ponownie) przeszkodził w tym ulewny deszcz. Aby nie spędzać za dużo czasu, grając w ping-ponga, wybraliśmy się wówczas do muzealnego ośrodka w Zawoi. Liczne eksponaty, nie tylko zwierzęce, dały nam pewien obraz dawnego życia w Beskidzie.

Tak więc napawać się pięknymi widokami i towarzyszącej im pogodzie mieliśmy okazję jeszcze z Przełęczy Jałowieckiej
i szczytu Lubonia (podczas zejścia z niego nietrudno było
o wywrotkę...).

Na górskich szczytach, bądź polanach, ale także i w ośrodku – wsłuchiwaliśmy się w Słowo Boże, głoszone do nas w czasie Eucharystii, a każdy dzień - rozpoczęty jutrznią - kończyliśmy modlitwą i wsłuchiwaniem się
w nauczania naszego Wujka.

Hasło wyjazdu: „Co? – ucho”

Rarytas wyjazdu: „Pan Niedźwiedź”

Spóźnialski wyjazdu: nie było takiego J

                                                                                  Adrian Skoczylas


Majówka w Beskidzie Niskim
30.04.- 1.05.2008

        Z przyjemnością mogłam ponownie uczestniczyć w wyjeździe grupy „Przyjaciół Wujka”, która wędruje szlakami Jana Pawła II.

    Tym razem udaliśmy się w Beskid Niski, gdzie zdobyliśmy dwa szczyty: Magurę Wątkowską i Baranie.
Naszymi opiekunami byli: pani Monika Wawrzkowicz, pan Paweł Majewski, pan Piotr Chmielowiec oraz ks. Dariusz Trojnar.

    Podróż zaczęliśmy od modlitwy do św. Krzysztofa o bezpieczną jazdę. Gdy dotarliśmy na miejsce, rozpoczęliśmy wędrówkę na pierwszy szczyt - Magurę Wątkowską (846 m n.p.m). Wspinaczka nie była trudna, zważając na to, jakie góry zdobywaliśmy wcześniej. Na szczycie mogliśmy ujrzeć pomnik postawiony w miejscu, na którym ks. Karol Wojtyła odprawiał kiedyś liturgię. Pan przewodnik poinformował nas, że do dzisiaj odbywają się w tym miejscu Msze św. w rocznice śmierci Jana Pawła II.

Korzystając z okazji, odwiedziliśmy również rezerwat przyrody „Kornuty”, na terenie którego znajdują się fantazyjne wychodnie skalne.

Zwiedziliśmy także wnętrze greckokatolickiej cerkwi w Bartnem.
Pod koniec dnia odbył się konkurs sprawdzający nasze wiadomości o życiu Jana Pawła II, wygrała grupa Pauliny. Zwycięzcy w nagrodę otrzymali oryginalne koszulki „Przyjaciół Wujka”.

W drugi dzień wędrowaliśmy po terenie Magurskiego Parku Narodowego i najwyższym szczytem, jaki zdobyliśmy, było Baranie
(z wysoką wieżą widokową).

     Po drodze odwiedziliśmy trzy cmentarze wojenne, na których spoczywali żołnierze polegli w czasie pierwszej wojny światowej. W tym dniu podczas wędrówki towarzyszyli nam absolwenci, którzy postanowili nawet po skończeniu szkoły kontynuować „wujkowe” wyprawy w góry.

Oczywiście każdego dnia uczestniczyliśmy we Mszy św., którą odprawiał nasz duchowy opiekun ks. Dariusz Trojnar. Do Rzeszowa wróciliśmy zmęczeni, ale zadowoleni. Teraz z niecierpliwością oczekujmy kolejnej wycieczki.
                                                                                Klaudia Gaweł
Zobacz więcej zdjęć


Jesień z Wujkami
5 -7.10.2007

Po wspaniałym wakacyjnym wyjeździe „Przyjaciół Wujka” do Zakopanego, nie mogłem doczekać się kolejnej wycieczki. Wobec tego, gdy wychodząc z lekcji wychowania fizycznego, spotkałem Pana Majewskiego, który zaproponował mi i kolegom kolejny wyjazd wujkowy, nie zastanawiałem się ani chwilę. Natychmiast się zapisałem.

Tym razem wybraliśmy się w Gorce w dniach 5-7 października. Jako opiekunowie pojechali Pan Piotr Chmielowiec, Pani Monika Wawrzkowicz oraz Pan Paweł Majewski .Naszą bazą był ośrodek w Ochotnicy, bardzo zadbany i czysty. Stamtąd wyruszaliśmy na nasze wyprawy śladami Jana Pawła II.

W pierwszy dzień naszym celem była góra Wysoka, której szczyt znajdował się na poziomie 1050m n.p.m. Czy to wysoko, niech każdy sam oceni. Drugi dzień był dniem kulminacyjnym-wtedy mieliśmy zdobywać najwyższy szczyt Gorców – Turbacz o wysokości 1310 m n.p.m. Jednak przed wyruszeniem na szlak pojechaliśmy do Łopusznej, gdzie odwiedziliśmy grób ks. Józefa Tischnera, z którym wiele filozoficznych rozmów odbył Jan Paweł II. Zwiedziliśmy także Izbę Pamięci poświęconą ks. Tischnerowi. Następnie ruszyliśmy w góry. Było ciężko, u niektórych brak kondycji zbierał zdradliwe żniwo, lecz każdy z uśmiechem na twarzy, mniej lub bardziej zmęczony dotarł na szczyt Turbacza. Widok jest stamtąd piękny, lecz chmury nie pozwoliły nam w pełni go podziwiać. Po krótkim odpoczynku i zjedzeniu drobnego posiłku zaczęliśmy schodzić w dół przez piękną Halę Długą. Po powrocie do ośrodka wszyscy byli zmęczeni, lecz zadowoleni.

W ostatnim dniu naszej wyprawy, w niedzielę najpierw poszliśmy na Mszę Święta do kościoła w Ochotnicy. Potem wyszliśmy na Błyszcz. Wyjściu jak zawsze towarzyszyły wspólne rozmowy na rozmaite tematy.

Każdy dzień zaczynaliśmy i kończyliśmy modlitwą. Uważam, że wyjazd był bardzo udany, wróciliśmy wypoczęci, z utęsknieniem czekając na kolejną wycieczkę.

Piotrek Bartosiewicz


Wakacje w Tatrach
Murzasichle
30.06. – 6.07.2007

Tym razem Przyjaciele Wujka wybrali się po raz czwarty w Tatry. Dla jednych był to pierwszy wyjazd, a dla tegorocznych maturzystów już ostatni. Naszą wyprawę rozpoczęliśmy 30 czerwca, udając się w stronę miejscowości Murzasichle.

Codziennie (niezależnie od pogody, która potrafiła sprawiać nieprzyjemne psikusy) z naszym przewodnikiem ruszaliśmy na różne trasy śladami Jana Pawła II. Piękne widoki podziwialiśmy m.in. z Rusinowej Polany, Gęsiej Szyi, Doliny Pięciu Stawów, Morskiego Oka i Sarniej Skałki. Jeden dzień spędziliśmy też na Krupówkach, rozwiązując w grupach zadania specjalne (m.in. przeprowadzając wywiady z góralami, robiąc ankiety wśród turystów, zbierając podpisy pod różnymi petycjami). Byliśmy też w Sanktuarium na Krzeptówkach – miejscu szczególnie związanym z Janem Pawłem II.

Oczywiście w czasie naszych wędrówek nie zabrakło czasu na wspólne rozmowy, Mszę świętą i wsłuchiwanie się w słowa Ojca Świętego.

Wyjazd, jak każdy, był udany, a wszyscy uczestnicy powrócili do domów z pomarańczową koszulką z logo Grupy, szczęśliwi i pełni wspomnień.

                                                                                 Edyta Fura


Kwietniowa Majówka - 2007

W tym roku Przyjaciele Wujka jako swój pierwszy wyjazd w sezonie zorganizowali wyprawę w Beskid Żywiecki. O wyjątkowości tejże niekoniecznie stanowił fakt, że majówka odbyła się w kwietniu, ale przede wszystkim to, że uczestniczyło w niej wspaniałe grono debiutantów (wśród których byłam sobie skromnie również ja).

Cała przygoda rozpoczęła się naturalnie od zbióreczki pod ROSiR-em i tu mniej więcej kończy się jej standardowość. Rozweselonym autokarem dotarliśmy do Wadowic, gdzie, w ramach poszukiwania parkingu, zatrzymaliśmy się w wyjątkowym miejscu (tuż obok zakładu karnego). Oczywiście odwiedziliśmy dom Jana Pawła II, z którego okien, na remontowanej ścianie bazyliki, mogliśmy zobaczyć ów słynny zegar (z napisem „Czas ucieka, wieczność czeka”), na którego tarczy została zaznaczona data „2 IV 2005” i godzina 21:37. Nawiedziliśmy również bazylikę pw. Ofiarowania NMP, gdzie przyszły Papież został ochrzczony. A następnie pożywiliśmy się - tradycjonaliści kremówkami, praktyczni -lodami.

Później przejechaliśmy do położonej niedaleko miejscowości o jakże malowniczej nazwie Rzyki Jagódki, skąd wdrapaliśmy się na Groń Jana Pawła II (szczyt, na który jeszcze w dzieciństwie wspinał się Karol Wojtyła ze swym ojcem), gdzie po spotkaniu z opiekunem kaplicy i całego kompleksu wyleżeliśmy się na trawie, podratowując nasze osłabłe, również po zimie, ciała. Dość szybko zeszliśmy do naszego drogiego autobusiku, który powiózł nas w stronę ośrodka.
Po zakwaterowaniu spotkaliśmy się na Eucharystii, która odbyła się na dość… ograniczonej powierzchni (jakieś pół metra kwadratowego na osobę). W ten sam sposób zaczęliśmy drugi dzień naszego wędrowania.

Jeżeli jednak wyjrzało się rano przez okno w celu zobaczenia, jak tam pogoda wygląda, to można się było przestraszyć, bo Babia Góra, to „wielkie gdzieś tam daleko”, cała otulona była kołderką mgiełki, a jej ośnieżone zbocza wywoływały dziwny dreszczyk u co poniektórych. Jednak kiedy zaczęliśmy się już wspinać, nie wypadało się wycofać. Tak więc szliśmy dzielnie, ogarniani mgłą i odświeżani przez mżaweczkę. W końcu dotarliśmy do schroniska na Markowych Szczawinach, gdzie jako tako odtajaliśmy, a następnie odwiedziliśmy izbę muzealną. Nasi opiekunowie stwierdzili, że nie jest tak źle i możemy kontynuować wyprawę. Mniej więcej od tego momentu zaczyna się prawdziwa zabawa, która wyglądała tak: brniemy w śniegu po kolana pod niemal pionową, nieprzyzwoicie oblodzoną ścianę, po prostu na czworakach, łapiąc się wszystkiego po drodze (ach, ta kosodrzewina…). W sumie, dopóki szliśmy, nie było tak źle… wystarczyło jednak tylko stanąć, by poczuć się jak głęboko mrożone kurczaki w zamkniętej chłodni, bo podziwialiśmy przepiękne widoki w promieniu jakichś… 10 metrów? Potem (dość szybko) nastąpiło szaleńcze schodzenie w dół (gdzie zdecydowanie lepsze od trepów byłyby narty) pełne zaskakujących wypadków, jak np. incydent z bananami.

Ostatniego dnia mieliśmy okazję przekonać się o kobiecej zmienności, gdyż, jak na złość, Babia Góra zachwycała przepięknym widokiem skąpanego w słońcu szczytu. Przemierzając ostatni szlak przebyty przez Papieża przed konklawe, zdobyliśmy Policę, z której szczytu mogliśmy zobaczyć nawet Tatry.

Jak zawsze za szybko wróciliśmy do domów, co jest smutną regułą wszystkich udanych wyjazdów (niestety…).

Łucja Homa


                                             Wakacje 2006

       W moich planach wakacyjnych, już po raz trzeci nie mogło zabraknąć wyjazdu
z „Przyjaciółmi Wujka”. W tym roku wybraliśmy się w Bieszczady - do Zatwarnicy, skąd wyruszaliśmy na górskie wyprawy. Przemierzaliśmy szlaki śladami naszego ukochanego Ojca Świętego Jana Pawła II, pogłębiając Jego naukę.

                     Każdy dzień rozpoczynaliśmy
i kończyliśmy wspólną modlitwą czy śpiewem przy ognisku. Oczywiście nie mogło też zabraknąć codziennej Mszy Świętej, odprawianej przez towarzyszącego nam ks. Dariusza Trojnara w najróżniejszych miejscach: drewnianych bieszczadzkich kościołach, na górskich polanach czy przy napotkanych kapliczkach.

             Wróciliśmy szczęśliwi, czując bliskość Boga i Jana Pawła II,
który towarzyszył nam w naszych wędrówkach.

Zobacz więcej zdjęć                                              Magdalena Szczygieł
 


                            Z parasolem w Gorce
                                  
 (maj 2006)

Nie cierpię zimy! W tym czasie mogę sobie co najwyżej pozwiedzać wnętrze starej, drewnianej szafy, której jedyną atrakcją są wszędobylskie mole. Na szczęście nadeszła wiosna, a wraz z nią długi majowy weekend. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że oznacza to wyjazd z Wujkami na majówkę.

Tej pamiętnej soboty, kiedy opuszczaliśmy Rzeszów, posępne drzwi szafy otwarły się z hukiem, a silna dłoń mego właściciela pochwyciła mnie w stalowym uścisku.
     - No, stary! - powiedział profesor Chmielowiec. - Czeka na nas kolejna wspaniała przygoda! I to do tego w doborowym towarzystwie.
      Trudno się z tym nie zgodzić, Wujkowe wyjazdy zawsze przyciągały najróżniejszych ciekawych ludzi. Tak było i tym razem. Co mnie zaskoczyło, gdy dotarliśmy pod szkołę, to fakt, że gdzie nie spojrzeć tam stał ktoś z II LO. Zauważyłem tylko cztery osoby z młodszych roczników i oczywiście trójkę opiekunów, tym razem samych panów profesorów: Chmielowca, Majewskiego i Sołtysa.
        Podróż do Krościenka upłynęła spokojnie. Ktoś tam brzękał na gitarze, inny opowiadał głupie dowcipy. Tu i tam rozlegał się szelest rozwijanego papieru śniadaniowego lub papierków po cukierkach. Mój właściciel słuchał muzyki ale mnie nie dał posłuchać nawet na chwilkę! Zupełnie zapomniał, że ja tez lubię Green Day'a! Ech, ciężki jest los parasola. Zdziwieni? A niby kto, według was, miałby to pisać? Krawat? Nie rozśmieszajcie mnie!

Wreszcie dotarliśmy na miejsce, skąd rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę na Lubań. Na początku natknęliśmy się na bardzo interesujący pomnik. Przypominał trochę krzak przerośniętych cierni. Nikt nie miał pojęcia, czego jest on symbolem, dopiero malutka płaskorzeźba położona nieopodal tego żelaznego molocha poinformowała nas, że to na cześć żołnierzy, którzy zginęli w obronie Polski Ludowej. W życiu bym się nie domyślił!
Po chwili pomnik został już za nami, a nasze spojrzenia zatopione były w horyzoncie, na którym mieliśmy nadzieję ujrzeć szczyt.

Dopiero w marszu, patrząc na te wszystkie, coraz bardziej zmęczone i smagane gałązkami twarze, z pajęczyną zaplątaną we włosy odkryłem jaśniejszą stronę bycia parasolem. My parasole nie musimy chodzić, my jesteśmy noszone. Dlatego ze złośliwym uśmieszkiem patrzyłem, jak niektórzy wyciągali rozpaczliwie swoje nogi w górę, by odpoczęły.
Dzień upłynął spokojnie na rozmowach dokończonych o wszystkim i o niczym. Niektórzy też turlali się z górki, by odciążyć nieco umęczone stopy. Wieczorem ujrzałem dobrze mi znany obrazek z zeszłego roku - nasz ośrodek w Ochotnicy Górnej. Dobre pierwsze wrażenie psuje troszkę znajdująca się przed frontem budynku obora, ale wnętrze rekompensuje całkowicie ten niewielki zgrzyt estetyczny. Oferuje ono bowiem wszystko, co potrzeba zmęczonemu turyście, nawet jeśli, tak jak ja, ma trochę odmienny kształt: od wygodnego łoża, poprzez stół pingpongowy po wyśmienite jedzenie i fenomenalna herbatkę.
            Nie wiem czy wiecie, ale parasole mają fantastyczny słuch, lepszy nawet niż nauczyciele! Dlatego nie było dla mnie żadna tajemnicą, to co działo się w ośrodku, choć nie wyściubiłem rączki z pokoju. Gdzieś w jadalni brzdękał tercet strunowo-dęty: dwie gitary i harmonijka ustna, zaś w kuchni gotowała się woda na herbatę, a nad tym wszystkim dominował stukot piłeczko pingpongowej.

      Drugi dzień rozpoczął się Mszą Świętą w zabytkowym, drewnianym kościółku. Później odwiedziliśmy grób ks. Józefa Tischnera, który szczególnie ukochał sobie Gorce i spędzał tu każdą wolną chwilę.

       Niedziela obfitowała w niespodzianki, bo na szlaku często towarzyszył nam śnieg i mgła. Mgła była gęsta jak zupa mleczna, a drzewa i kwiaty wzdłuż szlaku wyglądały w niej tak surrealistycznie, że zaczęły powstawać przerażające opowieści o morderczych, ludożerczych wręcz bukach czy krokusach. Straszne bujdy, ale każdy parasol wie co robi "biol-chem" z człowiekiem.

        Tym, którym umysłu nie zaprzątały roślinki, trenowali swoje szare komórki próbując uratować jak najwięcej krasnoludków z rąk podłej Królewny Śnieżki, czyli usiłowali rozwiązać zagadki logiczne, które Borsuk przywiózł z Olimpiady matematycznej. Ja z nim i większego problemu nie miałem. W końcu parasole to najwięksi matematycy na ziemi, zaraz po wielbłądach i borsukach, ale przyjemnie było popatrzeć jak ludzie wysilają się próbując odkryć oczywiste rozwiązanie.
Gdy schodziliśmy z Turbacza urządziliśmy sobie nieoficjalne mistrzostwa szkoły w wywrotkach na błocie. Nie koronowanym królem został Helu zaliczając według różnych sposobów punktacji od 3 do 6 upadków. Jednak specjalna nagroda należy się mojemu właścicielowi, który jako jedyny potknął się na prostej drodze, w dodatku na suchym gruncie. Ha! Pokazał tym wszystkim młodzieniaszkom prawdziwą klasę i mistrzostwo. Jestem z niego taki dumny, choć przyznam się, że przywitałem wtedy Matkę Ziemię przepiękną wiązanką, wcale nie kwiatów.

 Dodam jeszcze, że wieczorem odbyło się wspaniałe ognisko. Ja, jak zwykle, musiałem obejść się smakiem, wdychając kuszący zapach pieczonych kiełbasek.

  W ostatnim dniu zdobyliśmy Wysoka. I to jak zwykle bywa, choć szczyt ten jest teoretycznie najniższy, była to najbardziej męcząca wspinaczka. Ale za to te widoki ze szczytu...
            Muszę się wam przyznać, że jestem trochę magiczny. Niektórzy zwą takie przedmioty artefaktami. Otóż ja jestem artefaktem zaklinającym dobrą pogodę i co ciekawe to naprawdę działa! Wszyscy zapowiadali nam obfite opady przez cały weekend, a tymczasem nas zmoczyło tylko troszkę w ostatni dzień. Deszcz był tak słaby, że niektórzy nawet nie wyciągnęli specjalnych peleryn na takie okazje.
            Droga powrotna upłynęła nam wszystkim w bardzo dobrych humorach, choć stanowczo za szybko. Niektórzy mieli problemy ze zużyciem prowiantu, w który zaopatrzyli się na podróż. Szybko jednak znaleźli chłonny rynek zbytu w osobach opiekunów. Jak można się domyślać, mnie nie poczęstowali. Parasol się zastanawia, po co ma służyć człowiekowi, jeśli on potem w ogóle nie pamięta i nie okazuje mu żadnej wdzięczności!
            Po powrocie do domu usłyszałem tylko:
             - Przeżyliśmy tam wiele, co nie stary?
           I gdy chciałem mu odpowiedzieć: "Nie ma zmartwienia, koleś", ten wrzucił mnie do szafy i zatrzasnął drzwi. No cóż, mam teraz o czym opowiadać moim przyjaciołom molom i już zacząłem ładować akumulatory odpędzania niepogody na wakacje!

Zobacz więcej zdjęć                                                    Wojciech Leśniak
 


                             Tego mi było trzeba
                                 
   (maj 2004)

          Któryś z kolei (a mój pierwszy!) wyjazd Wujków już za nami. Nie będzie to sprawozdanie na zasadzie: "pierwszego dnia weszliśmy na Sokolicę i Trzy Korony, drugiego...". Po prostu napiszę, dlaczego tak miło wspominam ten wyjazd (w podtekście: dlaczego warto było pojechać z Wujkami).
        Pierwszy i podstawowy powód: po tylu tygodniach nauki oderwanie się od "poszerzonego domu rodzinnego" i łyknięcie świeżego powietrza było czymś nie tyle potrzebnym, ile niezbędnym do przeżycia kolejnych dwóch miesięcy.
        Okazja do budowania nowych znajomości i umocnienia (remontowania?) starych. Jestem z kimś w jednej klasie, razem pracujemy, razem przeżywamy problemy i radości, a tak naprawdę kontakt urywa się wraz z ostatnim dzwonkiem - beznadzieja. Mam tu na myśli nie tylko kontakty uczeń - uczeń. Wszyscy, wszyscy, z którymi rozmawiam o "Katolu" nie mogą wyjść z podziwu, że z nauczycielem można normalnie, prywatnie, na spokojnie pogadać - nasza wycieczka była kolejnym dowodem, że można.
          Wyjazd z miłą atmosferą, bez sztywniactwa, bez pilnowania co do minuty ciszy nocnej, szansa na sprawdzenie swojej kondycji (oj, bywało różnie), zrobienie masy ładnych zdjęć i przemoknięcie w ciepłym (?) deszczu. Alternatywa dla spędzenia tych trzech dni z pilotem w ręku.
Jeśli ktoś potrzebuje czegoś więcej - trudno, nie musi z nami jeździć. Ale wszystkim pozostałym "delikatnie" sugerujemy spędzenie jednego z wakacyjnych tygodni z R. Sołtysem, K. Skrobaczem i całą resztą "ekipy".

                                                                                            Kuba Drath